Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/obscurus.do-okreslac.lapy.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
głupcami, rejestrując swoje sprawki na papierze. Zresztą dokumenty

go Diaz. To była jej szansa na dokonanie zemsty

głupcami, rejestrując swoje sprawki na papierze. Zresztą dokumenty

ona się myli. Miała ochotę walnąć go w twarz tak, by posypały się

żyło. Zapewne miał nóż gdzieś przy nodze, pistolet na plecach i Bóg
dokładniejszych namiarów. Daj no te dropsy
odnajdywaniem zaginionych, a nie jakąś policyjną robotą. Czemu
an43
441
To bez sensu, pomyślała. Diaz nie ostrzegałby jej bez ważnego
- Ona jest w to zamieszana, Millo. Ona należy do grupy Uciekaj
wiedziała, że wystarczy, by rozchyliła nogi, a on już będzie wiedział,
Milla z niedowierzaniem popatrzyła na Olivię, która pochylała
podczas gdy Milla ograniczyła się do zbierania funduszy, co też
cicho. - Ze pilnowali dokładnie, abyś ścigała cienie.
- Wiem. Dotknął kciukiem jej kości policzkowej. - Nie możesz wiązać nadziei i marzeń z kawałkiem metalu. - Wiem. Jego dłoń powoli zsunęła się do zagłębienia szyi. Przyglądał się jej badawczo. Była pewna, że ją pocałuje. Czuła bicie serca w szyi. Wzrok Chase’a spoczął na jej ustach. Jej serce zaczęło łomotać w oczekiwaniu. Dawno nie patrzył na nią z takim pragnieniem. Tak dawno... Zaschło jej w gardle. Zwróciła ku niemu twarz. - Możemy się postarać. - Dlaczego tego chcesz? - Bo... cię kocham. Spojrzał na nią chłodno. - Nie kręć, Cassidy. Nie wierzę... Nie mogę uwierzyć... Cholera! Dłużej tego nie wytrzymam! - Gwałtownie wyrwał jej z rąk drinka i pociągnął duży łyk, a potem ze złością wstawił szklankę do porcelanowego zlewu, za który zapłacił tysiące dolarów. Na powierzchni zrobiła się rysa, ale najwyraźniej nie przejął się tym bo nawet nie drgnęła mu powieka. - Rysy zejdą. - Odsunął się od niej, jakby zapomniał, co przed chwilą było między nimi. Cassidy nie mogła tak tego zostawić. Wyciągnęła do niego rękę. - Chase... - Nie, Cass... - ostrzegł, ale w jego głosie nie było złości, a jedynie ból. Zagryzła wargę. - Jak długo masz zamiar mnie odtrącać? Postawił kulę przed sobą i pokuśtykał do drzwi. - Daj spokój, Cassidy. Dla dobra nas obojga. Na razie lepiej będzie, jeżeli oboje damy sobie spokój. Derrick otworzył szklane drzwi prowadzące na piętro Korporacji Buchananów. To było to. Jego imperium. Dorastał w przeświadczeniu, że stanie się dziedzicem. Powtarzano mu, że któregoś dnia to wszystko będzie jego. Nie miało znaczenia, że Rex Buchanan miał dwie córki. To jego syn miał zostać następcą cara. Gdyby Chase McKenzie nie wszedł mu w paradę. W dodatku stary Buchanan szanował tego mieszańca z prawniczym dyplomem. Derrick nigdy nie przypuszczał, że będzie miał do czynienia ze szwagrem, którego zżera ambicja. Może i miał szczęście. Ma tylko jednego szwagra wspinającego się po drabinie społecznej. Gdyby żyła Angie, może musiałby użerać się z jeszcze jednym. Angie. Kiedy o niej myślał, w głębi duszy czuł ból. Dzięki Bogu, z biegiem lat myślał o niej coraz rzadziej. Niedobrze żyć przeszłością. Lepiej skupić się na teraźniejszości i swoim dziedzictwie - Korporacji Buchanana. To biuro było wyjątkowe. Mimo że nie było tak wysokie jak drapacz chmur, dobrze spełniało swoją rolę. Budynek wybudowany pod koniec lat sześćdziesiątych z betonu i stali z zewnątrz był niepozorny. Wyglądał jak zwykły czteropiętrowy blok ze szklanymi ścianami, które odbijały późnopopołudniowe letnie słońce. Jednak w środku był imponujący. Wokół marmurowych stołów stały skórzane meble. W doniczkach rosły drzewa, zasilane słońcem, które dostawało się przez świetliki w suficie. Wnętrza zdobiły mosiężne rzeźby i lśniące kamienne posadzki. Nie przejmując się znakami zakazu palenia, Derrick zapalił papierosa i wsiadł do windy. Wjechał na czwarte piętro, gdzie znajdowały się biura zarządu. W jednym końcu mieścił się kompleks biur ojca, a w drugim gabinety Derricka. Derrickowi przydzielono te pomieszczenia, gdy został wiceprezesem. Jego gabinety były lustrzanym odbiciem biur Reksa Buchanana. Miał do dyspozycji identyczną poczekalnię, biuro, łazienkę, przebieralnię i sypialnię. Pomiędzy dwoma kompleksami biurowymi z jednej strony windy mieściła się sala konferencyjna, a z drugiej gabinet Chase’a. Chase był jedynym pracownikiem, który miał biuro na piętrze zarządu, i to bardzo Derricka denerwowało. Nieustanna obecność Chase’a była dla niego niczym wrzód na dupie. Niedobrze, że nie załatwił go pożar. Derrick zgasił papierosa w popielniczce i mijał już pokój Chase’a, gdy usłyszał swoje imię. - Derrick. - Przez ostatnie tygodnie znienawidził ten szorstki głos. - Miałem nadzieję, że się dzisiaj zjawisz. W głosie Chase’a pobrzmiewała ta sama kpina, co dawniej. Derrick nie zwracał na to uwagi, ale nienawidził wszystkiego, co miało związek z McKenziemi. Bękarty. A ten Buddy czy Willie, czy jak mu tam, nie jest wcale od nich lepszy. Ale się okazało, że są ze sobą spokrewnieni. Przewracało mu się w żołądku, gdy sobie przypominał, że ten półgłówek należy do rodziny. Przeklinając po cichu swojego szwagra sukinsyna, wszedł do biura Chase’a. Na wielkim biurku leżały poukładane stosy dokumentów. Na jednej ścianie wisiały oprawione dyplomy prawnicze, przy drugiej stał regał sięgający do sufitu, pełen oprawionych w skórę tomów. W otwartym oknie z widokiem na ulicę stały kwiaty w doniczkach, wyciągając liście do słońca. Róg biurka zajmował kolorowy portret Cassidy. Nie była to fotografia, jaką na zeszłe Boże Narodzenie podarowała mu Felicity, przedstawiała Cassidy siedzącą na koniu.

- Drogi książę - ciągnął Lieven - a może byśmy tak razem odszukali tę dziewczynę?

- Kasztany? Aha, słusznie. Na pewno są pyszne... - Drżącą rękę sięgnęła do torby, w której niespodziewanie wymacała jakiś zagadkowy przedmiot. - Co to jest?
prosiła w liście, by jego wysokość odwołał się do pomocy lokalnej policji i aresztował księcia
najważniejszą osobą w rodzinie, odkąd Robert poślubił ją kilka lat temu. Alec nie wspomniał
- Nikt nie ma dwudziestu jeden punktów - mruknął.
- Mówiłeś. Wcielasz plan w życie? – zapytał Karol trochę ponuro. Pomimo
do niej dołączył. Nagły pomruk silnika poniósł się po spokojnej wodzie jak grzmot. Odetchnęła głęboko i starała się myśleć wyłącznie o tym, że jest coraz bliżej celu.
okropnie!
Znaczy… tak jakby – zaplątał się.
- Powiedz, że włożysz ją na nasz bal. - Uszczęśliwiona Alice pociągnęła ją do wysokiego lustra i przyłożyła suknię do jej ramion. - Ach, sama popatrz, jak ci w niej ślicznie. - Roześmiana, odsunęła się, zmuszając Bellę, by wzięła suknię do rąk. - Wiedziałam, że będzie ci dobrze w tym kolorze. Jak Bennett cię w niej zobaczy, całkiem straci głowę.
biurokratyczne, opieszałe śledztwo, a ty zginiesz, nim doczekasz się sprawiedliwości. Albo
policzek do pocałunku. Alec cofnął się odruchowo.
szarawarów i sięgnęła delikatnie do środka.
żeby cię powieszono za udział w porwaniu. Lepiej mnie posłuchaj. Masz go tu ściągnąć.
- Ani o minutę. Poza tym mamy dużo czasu - zapewnił ją i dodał: - Obiecuję, że przejażdżka zrekompensuje ci nudę przemówień, które po niej nastąpią. Tu wszystko musi odbywać się z wielką pompą.
- To moja przyszła żona!

©2019 obscurus.do-okreslac.lapy.pl - Split Template by One Page Love